Rośliny – urocze czy złowrogie?

[…] gdy w domu pojawia się małe dziecko, spiesznie nakładamy plastykowe osłony na kontakty, ale lekceważymy domowe rośliny w kuchni i krzewy przy wejściu, pomimo tego, że rocznie 3.900 osób doznaje szoku z powodu kontaktów, natomiast 68.847 zatruwa się roślinami.

Tako rzecze Amy Stewart

amystewart

która wyspecjalizowała się w straszeniu ludzi milutkimi ogródkami.

Advertisements

19 thoughts on “Rośliny – urocze czy złowrogie?

  1. Och, tutaj przypomina się stary film zatytułowany ‚Fierce creatures’, w którym straszono klientelę zoo krwiożerczymi ostronosami (quati), czychającymi na człowieka góralkami i złowrogimi lamami. Z tej samej kategorii pochodzą australijskie dropbears.

    Przerażanie czytelnika roślinami ma równie długą, jeśli nie dłuższą, historię. Pamiętam tę urban legend o śmiertelnym w skutkach czynieniu sobie z oleandrów patyczków do kiełbasy przez domorosłych rzeźników (względnie pieczeniu kiełbasy przy ognisku na kijach z oleandrów), ewentualnie (w czasach PRL) eksterminację diffenbachii z naszych mieszkań, która mogła spowodować obrzęki i paraliże (tylko jeśli przeżuta).

    Amerykańska ciotka Doroty unikała eksponowania swoich dzieci na przyrodę jako taką, bo przecież wszędzie mógł złowieszczo czaić się ‚poison ivy’. Polska w sezonie ogórkowym zarasta wszerz i wzdłuż barszczem Sosnowskiego, którego posadziły nam z zemsty, a ku utrapieniu komuchy. A propos – prasa bulwarowa co i raz donosi o teoretycznej możliwości zatrucia się komunistek (pierwszych) oraz panien młodych bukiecikami z konwalii.

    Słowem, różne rzeczy nam przyroda może zrobić, ale najczęściej wpierw my musimy coś jej dramatycznego zrobić (np. zjeść muchomora sromotnikowego).

  2. Ale o co kaman z tym barszczem. Ja w komuszych czasach dzieckiem będąc najbardziej to się obawiałem pokrzyw, ostu i wtartego w plecy owocu dzikiej róży. Wtedy i do niedawna o tym barszczu kogoś tam nie słyszałem. To kiedy te komuchy go zasadzili? Jakaś akcja była pod koniec anciene regime?

  3. Z uwagi na produkcję biomasy i niewielkie wymagania środowiskowe barszcz Sosnowskiego miał stać się rośliną pastewną (i miododajną, ale to inna historia). Problem w tym, że krowy zgłaszały w tej sprawie votum separatum. Plantacje (w różnych częściach byłego bloku) zakładano od połowy lat 50 ubiegłego wieku aż po wczesne lata 70. Trudno było zmechanizować zbiór, a zbór ręczny z uwagi na parzące właściwości rośliny był niezdrowy dla zbieraczy.

    A o co chodziło z wcieraniem w plecy owoców dzikiej róży?

  4. Kompletnie nie słyszałem o zinstytucjonalizowanej akcji sadzenia barszczu Sosnowskiego. Jedynie co pamiętam to sadzenie topoli.

    Zaś co do owocu dzikiej róży.
    Po rozerwaniu widać w środku takie białe włókienka, które kojarzą się z watą szklaną. I tym wnętrzem owocu (wystarczą same włókienka) pocieramy skórę nieszczęśnikowi. Efektem jest dotkliwe pieczenie i zaczerwienienie. I tutaj mnie trochę pamięć zawodzi. Efekt ustępował po jakimś czasie, gdy się wykąpaliśmy lub gdy włókienka same odpadły. Czy to tylko mechaniczne działanie włókienek, to nie wiem. Czy też zachodziło również chemiczne podrażnienie. O ile pamiętam mechaniczne na pewno. Te włokienka chyba miały jakieś maciupeńkie haczyki i dopiero przy wcieraniu można było komus zrobić „kawał”.

  5. Kompletnie nie słyszałem o zinstytucjonalizowanej akcji sadzenia barszczu Sosnowskiego

    Sadzono po pilotażowych PGRach, nie opowiadano się z tego szerokiej publiczności. Zresztą w czasach triumfalnego łysenkizmu sadzono w Polsce wszystko: od ryżu na Dolnym Śląsku po drzewka kawowe na Podkarpaciu.

  6. Jednak chwalono się. W telewizorze wówczas przedstawiano to jako wielki sukces aklimatyzacyjny takiej wspaniałej rośliny. Jakby wymagała wielkiego wspomagania.
    Nawet demonstrowali, jak w dole wykopanym w ziemi zrobić z tego kiszonkę. .

  7. Instytut Hodowli i Aklimatyzacji Roślin założono w mrocznym roku 1951, co ciekawe, człon aklimatyzacyjny pozostał w nazwie do dziś, mimo że najczęściej te aklimatyzacje kończyły się zero-jedynkowo: albo spektakularna klapa, albo problem inwazyjny.

    Trochę jakby te czasy wracają, tyle że dawniej były prawa biologii gięte pod ideologię, teraz zabrano się za fizykę (trawestując wieszcza: „Antoni duby smalone bredzi, a gmin rozumowi bluźni”)

  8. @babilas:

    „A propos – prasa bulwarowa co i raz donosi o teoretycznej możliwości zatrucia się komunistek (pierwszych) oraz panien młodych bukiecikami z konwalii.”

    Proszę sobie nie żartuj. W Niemczech, szczególnie w Zagłębiu Saary i zachodnich rejonach Nadrenii Westfalii takie zatrucia zdarzają się wiosną nagminnie. Podobnie jak u nas grzybami w sezonie.
    Przyczyną są nawyki żywieniowe mieszczuchów udających się nagminnie do lasów bukowych w celu zbioru czosnku niedźwiedziego na sałatkę. jeśli jest to czosnek wąskolistny to pół biedy, ale jeśli szerokolistny to szansa że wyląduje w koszyczku zmieszany z konwalią jest spora.
    Taka sałatka (szczególnie jeśli doprawiona dużą ilością balsamico prowadzi w trymiga do zatrzymania akcji serca.

  9. Ależ sobie nie. Pierwszokomunistki i panny młode miały się truć wdychaniem oparów bukiecików konwalii (przypomina się libretto ‚Adriany Lecouvrer’ Cilei, względnie ‚Afrykanki’ Meyerbeera), ewentualnie piciem (przypadkiem bądź na kacu, bo jakoś innej możliwości nie widzę) ‚wody kwiatowej’ z wazonów.

    Co do pomylenia z czosnkiem niedźwiedzim – nie wiem, jak w zachodnich Niemczech, ale w Polsce konwalia rozwija liście dopiero pod koniec kwietnia, gdy czosnek co najmniej miesiąc wcześniej. Poza tym liście konwalii są zawsze zrośnięte po dwa (czosnek pojedynczo), są znacznie sztywniejsze, i nie mają czosnkowego zapachu.

    Napisawszy to wszystko zaznaczam, że wcale sobie nie ważę lekce smutnych skutków zatrucia konwaliami. Ale zawsze będą ludzie, którym będą się mylić pedał gazu z pedałem hamulca, niedźwiedź pluszowy z prawdziwym i pieczarka ze sromotnikiem.

    A czosnek niedźwiedzi najlepiej zbierać z własnego ogrodu. W Polsce, zdaje się, chroniony.

  10. Jedynie częściową. Natomiast co do zakresu tej ochrony trzeba by było trochę poszukać. Pewnie dopuszczalny jest zbiór za zgodą regionalnej dyrekcji ochrony środowiska

  11. babilas

    Poza tym liście konwalii są zawsze zrośnięte po dwa (czosnek pojedynczo), są znacznie sztywniejsze, i nie mają czosnkowego zapachu.

    Naprawdę uważasz, że mieszczanin bez botanicznego wykształcenia nie może się łatwo pomylić:

    Szczególnie gdy zbiór odbywa się w miejscach takich jak to:

    Tak nawiasem wygląda runo niektórych lasów bukowych w okolicy Akwizgranu. Sam widziałem.
    A jeśli chodzi o okresy wegetacji, to czosnek niedźwiedzi więdnie po dwóch miesiącach. Z czego ostatnie trzy tygodnie pokrywają się z konwalią zanim wykształci kwiatostan. I zmiesza się z tym co na poprzednim obrazku.

    Można mieć pecha, wierz mi. W Aachen znam panią która organizuje specjalne warsztaty rozpoznawania roślin dla amatorów zbierania runa. Frekwencja rośnie za każdym razem po doniesieniu medialnym o kolejnym nieszczęśliwym wypadku.

  12. Dziękuję za bogato ilustrowany komentarz, telemachu. Przypominam tylko, że moja pierwotna wypowiedź dotyczyła zatruwania się bukiecikami konwalii, więc cały wątek jest jakby trochę obok.

    Moja plantacja czosnku niedźwiedziego pochodzi z cebulek uzyskanych od Łukasza Łuczaja (taki szalony człowiek z Podbeskidzia, który próbuje jeść wszystko, co znajdzie w lesie i na łące – przy umiejętnym podejściu nazywa się to etnobotaniką i pozwala uzyskać stopień doktora habilitowanego). Łukasz przysłał mi jeszcze żywiec gruczołkowaty (Dentaria glandulosa), ale ten nie czuł się u mnie dobrze, w odróżnieniu od czosnku. Czosnek wysiewa się sam i pomalutku rozrasta, więc z początkowych dziesięciu roślinek zrobiło się już może z dwa metry kwadratowe. Wystarcza na różne wiosenności kulinarne.

    Tej wiosny przysłano mi ze Stanów nasionka Alium tricoccum, amerykańskiego odpowiednika europejskiego Alium ursinum, na razie cierpliwie czekam wschodów (kiełkowanie hipogeiczne – kiełek musi się przemrozić, zanim wytworzy liście).

  13. babilasie drogi.
    Nie tak. .

    Przypominam tylko, że moja pierwotna wypowiedź dotyczyła zatruwania się bukiecikami konwalii, więc cały wątek jest jakby trochę obok.

    Czy naprawdę pragniesz abym zerwał z dobrą, starą, polską tradycją prowadzenia debaty? Polega ona, o ile pamiętam, na imputowaniu rozmówcy tego i owego, a następnie na spektakularnej rozprawie z imputowanym contentem. Tradycja to rzecz ważna.

    Moja plantacja czosnku niedźwiedziego pochodzi z cebulek uzyskanych od Łukasza Łuczaja

    Dobrze wiedzieć. Moja natomiast z sadzonek uzyskanych drogą wizyty wieczorową porą w berlińskim parku Hasenheide. Ale proszę niech to zostanie pomiędzy nami.

    Tej wiosny przysłano mi ze Stanów nasionka Alium tricoccum, amerykańskiego odpowiednika europejskiego Alium ursinum

    Nie jestem pewien czy jest rzeczą mądrą przyznawanie się do tego w internetach.

    W internetach podobno nic nie ginie. A za parę dobrych lat mogą ewentualnie szukać osoby odpowiedzialnej za rozprzestrzenienie się Aium tricoccum jako agresywnego chwastu wypierającego inną roślinność. Otocz wysokim murem i postaw na straży psa. Aby potem nikt się nie czepiał.

    Bo:

    Jak ktoś sprowadził do nas pierwszy dąb czerwony to też sobie pewnie nic przy tym nie myślał.

    A rododendrony, azalie i laurowiśni,e które uciekły do lasów w Kornwalii i utworzyły tam zwartą masę wszystko dławiących chaszczy obecnie traktuje się miotaczami ognia aby uratować inne rośliny przed plagą. Nie, to nie jest żart.

    Ostatnio rododendron zaaatakował podstępnie nawet Szkocję: rhododendron ponticum a plague on cowal.

  14. Nawłoć kanadyjską sprowadzono do Europy jako roślinę ozdobną. „Mimozami jesień się zaczyna…” Co do robinii zwanej akacją też były zupełnie inne plany.

    Minister Środowiska w swojej zapobiegliwej mądrości ogłosił listę gatunków, których nie należy uwalniać do środowiska pod groźbą kar różnych, i tam nie ma Alium tricoccum. Takie listy powstają najczęściej, gdy zupa (np. barszcz) się już wyleje – ale niektóre pozycje wzbudzają moje żywe zainteresowanie. Tak, na przykład, nie można przywozić do Polski bizonów. Bożodrzewy (Ailanthus altissima) można kupić w prawie każdej szkółce, czy centrum ogrodniczym, moczarki kanadyjskie w sklepach akwarystycznych – czy to znaczy, że handlarze dopuszczają się przestępstwa? A może tylko kupujący?

  15. Ostatnio to kość słoniową wysyłają przez Niemcy do Wietnamu. Ale chyba nie za zaliczeniem.
    Człowiek jest istotą podłą.
    Na szczęście nie każdy.

  16. telemachu, zupełnie nie zrozumiałem o co chodzi, google mi pomógł: In Berlin hat der Zoll den größten deutschen Elfenbeinfund vorgestellt, więc rozumiem o co chodzi, ale dla odmiany nie rozumiem jaki tu związek z zamawianiem nasion roślin.

  17. andsolu bliskiego związku nie widzę żadnego. Wspólnym mianownikiem są niegodziwość, zachłanność i brak wyobraźni.
    Ale to nie miał być komentarz polityczny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s