Izraelskie daty

W tej opowieści jest parę siódemek, które w tym roku przy odejmowaniu dają tzw. „okrągłe daty”, skąd ceremonie, święta i zalew artykułów. Pierwsza stoi w dacie 1917, gdy Arthur James Balfour podpisał notkę z kilku zdań, a w jednym z nich są te słowa:

Rząd Jego Królewskiej Mości przychylnie zapatruje się na ustanowienie w Palestynie narodowego domu dla narodu żydowskiego.

Kolejna zapisuje rok 1947, gdy pewnego dnia Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjmuje (33 głosy za, 13 przeciw, 10 wstrzymujących się) Rezolucję 181 o podziale Palestyny na część arabską i żydowską.

Następna siódemka pojawia się 20 lat później, w roku 1967 gdy w czasie 6-dniowej wojny nastrój Izraela z głębokiej depresji i oczekiwania nowej Zagłady zamienia się w euforię i świadomość, że kraj jest regionalną potęgą wojskową.

I natychmiast nastąpił przypływ kilkunastu tysięcy amerykańskich Żydów. A także był zapewne w mentalnym tle przeniesienia się w latach 90-tych 900 tys. ludzi z Rosji do Izraela.

Dat lepszych i gorszych dla Izraela było wiele, ale nie zamierzam pisać ściągi o jego historii a zamieścić parę refleksji, wynik lektury dwóch książek. Pierwszą z nich – Tom Segev, „The Seventh Million”, podtytuł „The Israelis and the Holocaust”, wydaną w 1991 – przeczytałem dopiero teraz, choć miałem ją w domu od pięciu lat. Nawiasem, właśnie w 2012 roku ukazała się po polsku jako „Siódmy milion. Izrael – piętno Zagłady”. Drugiej nie mogłem przeczytać wiele wcześniej, bo ukazała się w październiku zeszłego roku, Daniel Gordis, „Israel. A Concise History of a Noation Reborn”. Refleksje i cytaty przemieszane, nie chodzi o to co skąd, ale co zostało w głowie. Czytelnik nie jest historykiem i może zachować pamięć punktową, parę informacji, impresji, anegdot – i jest to całkiem solidna siatka odniesień dla oglądu świata (szczególnie jeśli zgodna z uprzednio posiadaną wiedzą), ale nawet tak zredukowanej treści opasłych opracowań nie da się tu zreprodukować, jeśli blog nie chce popełnić samobójstwa.

(Trzecia książka, z 2010 roku, Jonathana Schneera „The Balfour Declaration: The Origins of the Arab-Israeli Conflict”, poleży trochę w kolejce. Bo fascynujących spraw jest wiele na świecie. Ale trzeba będzie to przeczytać, już na początku ma fascynującą opowieść jak to Brytyjczycy, jednocześnie mówiąc o narodowym domu, przyrzekali Turkom oddanie im znowu Palestyny gdyby odłączyli się od Osi).

Mam teraz mniejsze zamieszanie w splocie zjawisk wiążących Zagładę i Izrael. I świadomość, że nie ma tu prostych ocen polityki syjonistów w ogóle, a Davida Ben-Guriona w szczególe, z okresu WWII. Mogli ocalić więcej europejskich Żydów? Ale jakim kosztem, czy wtedy były by szanse na stworzenie choćby szkieletu przyszłego państwa? Nawet stawianie pytania pokazuje ogrom hipokryzji – bo jeśli ktoś uważa, że jeśli pionierzy, będąc Żydami, mieli obowiązek dbać o Żydów, którzy nie chcieli jechać do Palestyny, to konsekwentnie powinien przyznać, że rząd rosyjski musi dbać o Rosjan z Estonii, choć mają estońskie obywatelstwo, a rząd niemiecki po 1933 miał obowiązek troszczyć się o Niemców z Czechosłowacji, Polski i z USA.

Kupowanie terenów i przetwarzanie ich na uprawną ziemię kosztowało. I to jak, Arabowie robili kokosowe interesy, bagna za gotówkę. A każde osiedle było ważne dla wymyślanego później abstrakcyjnego malowidła zwanego „mapą podziału”. Zaskakująca opowieść, jak już prawie pięć przed dwunastą, czyli w październiku 1946 roku, Agencja Żydowska jednej nocy założyła na pustyni Negev jedenaście nowych osiedli.

A to głosowanie w ONZ w 1947 roku… Brytyjczycy wstrzymali się od głosu. Czy rzeczywiście Rosja miała szczególną przyjemność dając im swoim głosem prztyczka w nos? No i decyzja prezydenta Trumana „na tak” – a doradcy z CIA odradzali mu to mówiąc, że to nowe państwo żydowskie nie przetrwa dwóch lat. Nie wiem czy jest Wielka Księga Wtop CIA, ale gdyby była, ta historia powinna być wydrukowana złotymi literami.

No tak, dziś by to wyglądało inaczej. Abba Eban powiedział kiedyś, że gdyby Algeria przedłożyła rezolucję, że Ziemia jest płaska i to Izrael ją spłaszczył, uchwała by przeszła 164 głosami za, przy 13 przeciw i 26 wstrzymujących się od głosu.

To wcale nie wygląda na żart. Jeśli w latach 2003 – 2012 40% wszystkich rezolucji w ONZ, całych 314 sztuk, zajmuje się Izraelem, ciągle go starannie potępiając (jak potężnego zeza trzeba, by tylko tu widzieć światowe kłopoty?), to znaczy, że spokojnie można obciąć tę organizację do połowy, a potem ze dwa razy powtórzyć tę operację i może wtedy otrzeźwieją.

Tak przy okazji, przypomnijmy, że chodzi tu o kraj, który narodził się jako demokracja i mimo wielkiej liczby wojen nią został. A także: rodził się jako skupisko osiedli, a stał się potęgą nuklearną, liderem w wielu dziedzinach technologii i medycyny, nadzieją dla regionu w kwestii rolnictwa.

Segev ma jasną linię przewodnią: jak ocaleni z Zagłady byli traktowani w Izraelu. Ten „siódmy milion” to o nich. Ich los polepszał się po trosze, reparacje niemieckie, przybycie Żydów z krajów arabskich (mających jeszcze niższy status), aż wreszcie proces Eichmanna w 1961 roku… Ujawnia się tu jak wielką wagę może mieć szczegół: gdy na ławce świadków pisarz Yehiel De-Nur mdleje, cały kraj znienacka rozumie jak straszne to były przeżycia jeśli po dwudziestych latach z taką siłą wracają do człowieka.

Sporo jest o roli wypraw młodzieży izraelskiej do Polski na początku lat 90-tych. Celna uwaga, że Polska dla nich to tylko cmentarz ich przodków – ale ci, co jadą do „Ziemi Świętej” czy zauważają, że są w kraju nazywającym się Izrael?

Dla Polaka wartościowa może być ta rzucona mimochodem uwaga: „Używanie dawnych cierpień jako argumentu politycznego jest czynieniem zmarłych partnerami w demokratycznym procesie życia.”

Z moich przewartościowań: miałem przedtem sporą sympatię tak dla Menachema Begina (za jego opowieść o sobie z „White Nights”) i dla Abby Kovnera (jak wielu rodaków wie, że także w Białymstoku i w Wilnie były powstania w gettach? W wileńskim Kovner był jednym z przywódców), poznanie różnych szczegółów o działalności politycznej nieco tę sympatię pomniejszyło. Szczególnie dla Kovnera, za rolę, którą odegrał pisząc w „bojowym biuletynie” o 105 ludziach z kibutzu Nitsanim, którzy zostali jeńcami Egipcjan w wojnie w 1948 roku. To prawie jak władze radzieckie, traktujące jeńców wojennych jako zdrajców.

Parę myśli o tragicznym bezsensie zamachów politycznych, których w Izraelu nie brakło, a w każdym z tych trzech: Haim Arlosoroff (1933), Rudolf Israel Kastner (1957), Icchak Rabin (1995), ginął ktoś, kto wiele dobrego uczynił dla swoich rodaków.

Oraz o tym, że tyle historii z okresów wojny jest ukrywanych na zawsze. Na przykład, czy w istocie zbombardowanie przez Izraelczyków USS Liberty było przypadkiem? Wersja (nieco konspiracyjna), że okręt mógł przekazywać dane Syrii i zdobycie Wzgórz Golan by się stało niemożliwe, wygląda mi całkiem logicznie.

Albo rozwiewanie mitów. Czasami chodzi o maleńką głupotę, jak mit (wymuszony przez wydawcę), że to w Auschwitz Victor Frankl dotarł do sformułowań, które podał w swej książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu”. A czasami o sprawę bardzo poważną, jak mit o wyrabianiu mydła z Żydów. Okazuje się, że to pomysł wojennej propagandy francuskiej, i nie dotyczącej Żydów a Francuzów, pochodzący z WWI. To znaczy: znam sprawę badać IPN z 2006 roku, że w lagrze w Stutthof i w miejskim więzieniu w Gdańsku nazistowscy „badacze” eksperymentowali wcielając tę ideę, ale żadnej masowej produkcji mydła z ludzkiego tłuszczu nie było. Czemu sami naziści nie bronili się przed tym zarzutem? Cóż, zastraszanie to też broń.

Co przypomina mi rozmowę z przyjacielem z Jerozolimy. Spytałem go czemu rozmontowywanie głupot o Protokołach Mędrców Syjonu jest u Umberto Eco, u rosyjskiego sędziego, u niemieckich historyków, a w Izraelu nie zajmują się tym. Uśmiechnął się kpiąco: „a bo źle to nam, że myślą, że my jesteśmy tak potężni?”

Advertisements

14 thoughts on “Izraelskie daty

  1. czasami wkurza mnie mój brak dyscypliny, zamiast pracować to czytam coś w Internecie, wyłapuję ciekawostki które prowadza do Wikipedii albo gdzieś indziej i zanim się spostrzegę mija dwie godziny na czytaniu o ludziach czy historiach o których nigdy wcześniej nie słyszałem albo nie potrzebowałem słyszeć. Wczoraj, przy okazji tego wpisu, też tak się stało, ale w sumie nie żałuję – tyle że żeby znać fakty to trzeba się znacznie bardziej przyłożyć.

  2. To chyba tak jest, że kiedyś człowiek już niby wykształcony i ciekawy świata, jeśli miał czas i mieszkał w dużym ośrodku, zapisywał się na dokształcające kursy albo ciurkiem siedział w miejscowej bibliotece. Nie ma (na szczęście) instytucji mierzących wielkość i jakość powszechnego kształcenia się przez Internet – nikt nie podda mnie egzaminowi z lektur o wyprawach krzyżowych – ale gdybym musiał robić jakieś „badania” tego typu, zacząłbym chyba od pytania: jak/czy obfitość blogów kulinarnych zmieniła jakość pożywienia typowej polskiej rodziny. A gdyby wyszło, że jest postęp, to odważnie uogólnić tezę: skoro polepszyło się nam w brzuszkach, to w główkach o wiele bardziej.

    No nie, żartowałem.

  3. @andsol
    „Izrael założono jako demokrację – i demokracją pozostał”

    Patrz pan, to tak samo jak RPA. A na poważnie: Izrael założono jako świecką demokrację (chociaż Ziemia, podobno, „Święta”). To się powoli zmienia, a jakoś średnio umiem sobie wyobrazić przywiązanie rozmodlonych nacjonalistów z, dajmy na to, Szaas, do demokracji, tolerancji, pluralizmu, praw człowieka i innych lewackich wybryków.

    IMO, abstrahując od skomplikowanej polityki wewnętrznej tego kraju, Izrael czeka złota dekada: mają obecnie najbardziej proizraelskiego prezydenta USA w historii stosunków międzypaństwowych.

  4. Dekada? Nie strasz mnie. 8 lat Kaczyńskiego świat przeżyje (choć on sam może się swoim sukcesem udusić), ale 8 lat Trumpa może być końcem świata.

    Myślę, że wrócił trudny dylemat wielu uczciwych ludzi, coś, co z polskiej perspektywy jest takie oczywiste: „a czemu go nie zabili?” ale przecież łatwo wyobrazić sobie niemieckiego anty-nazistowskiego patriotę z lat 30-tych albo, co gorsza, początku 40-tych: co robić? przeciwstawić się zbrojnie to zdrada demokracji, a potem nawet zdrada ojczyzny, ale przecież wytrzymać tego też się nie da, może samo się skończy?

    A temu „uduchowianiu się” Izraela Gordis oddaje cały ostatni rozdział książki, jednak bez nadmiaru obaw. Uderza mnie powaga ortodoksów w traktowaniu ich zasad gdy porównać ją z wesołym rozhasaniem – by nie powiedzieć rozpasaniem – wielkiej części polskiego katolickiego kleru. Tam zdecydowanie chodzi o „wierzących”.

    Gdybym odważył się na stawianie tez opartych na niczym, czyli na własnej głowie, sugerowałbym, że ich demokracja ma potężne oparcie na niezależności sądownictwa – i wydaje się, że tam nie osadza się na abstrakcyjnych i eksperymentalnych pomysłach europejskiego Oświecenia, a na wywodzącym się z ich tradycji szacunku do instytucji Sędziego. Sądzę, że tam niedaleko by zajechał ambitny kartofelek stawiający siebie wyżej niż opinie Sądu Najwyższego.

    Ale zgoda co do „złotej dekady” – nie tylko obejdzie się bez antysemickich zagrań Cartera czy Obamy (Trump by też był w stanie je powtórzyć, ale ma takie zamieszanie w głowie, że rodzina mu to wyperswaduje), ale chyba są i dwa inne powody. Po pierwsze, wieloletnie działania ekonomiczne zaczynają przynosić znaczne wyniki – no, i wreszcie niezależność energetyczna – a po drugie, rozbicie polityczne świata islamu sprawia, że co rozsądniejsi politycy wielu tamtych krajów mogą bez groźby utracenia głowy i paru innych części ciała rozmawiać z Izraelem i robić jakieś wspólne plany. A z tego może wreszcie wyjść oficjalne uznanie istnienia, co by było tylko symbolem, ale mającym wiele wpływu na rzeczywistość.

  5. Andsolu, na Boga, gdzie Ty widziałeś antysemityzm u amerykańskich elit? Bo Obama pogroził paluszkiem, a Carter stwierdził, że apartheid prowadzi jedynie do głębszego upodlenia ludności? Toż ja, gdybym miał znaleźć polski odpowiednik Likudu, najpewniej wskazałbym na dziarskich chłopców od Kukiza, pomieszanych z platformianymi konserwatystami w stylu Gowina (acz prawdą jest, że Izrael – przy wszystkich wadach – jest państwem prawa, w tym sensie, że trójpodział władzy jest respektowany, więc polska degrengolada mu na razie nie grozi; na razie – do czasu pojawienia się ichniej wersji Kaczyńskiego czy Trumpa).

    Że Trup będzie rządzić 8 lat (z tymi dziesięcioma przestrzeliłem – kadencje w USA są czteroletnie), to wielce prawdopodobne. Lud uwielbia topienie elit w szambie, choćby i przez samego szambiarza. A tak ciekawe igrzyska zdarzają się raz na sto lat, więc szybko się nie znudzą. Szczególnie gdy demokraci za cztery lata ponownie wystawią w wyborach tak uwielbianego przez wyborców kandydata jak pani Clinton. Poza tym sumaryczna wygrana, ze względu na specyfikę amerykańskiej ordynacji, wcale nie musi zapewnić prezydentury (Hillary dostała prawie 3 miliony głosów więcej – i co?). Żeby wygrać, trzeba zdobyć część głosów rednecków (bo electoral votes w jakimś Mississippi), a to z kolei odstraszy liberałów – i bądź tu mądry…

    „Uderza mnie powaga ortodoksów w traktowaniu ich zasad gdy porównać ją z wesołym rozhasaniem – by nie powiedzieć rozpasaniem – wielkiej części polskiego katolickiego kleru”

    Obawiam się, że rozpasana jest tylko ta „liberalna”, puszczająca oko do elit, czytująca nie tylko prasę kościelną (a z punktu widzenia integrysty wręcz niewierząca) część polskiego kleru. Ta fanatyczna, walcząca ze Złem, czyli wszelkiej maści egzorcyści, Oko, Międlar i im podobni niestety traktują wymogi wiary bardzo serio – niestety, ponieważ dzięki temu stają się wiarygodni dla swoich wyznawców. Oni raczej nie preferują ośmiorniczek, nie dla nich kościelne hulanki i przaśne swawole. Nad „filozofię po góralsku” preferują pisma Opus Dei. To towarzystwo bardziej od gorzałki Głódzia i kremówek JPII rodem ze swojskich, rozpasanych lat 90-tych, woli chleb z wodą, bardziej od wywiadów w weekendowej „Wyborczej” woli miecz i wypalanie zła gorącym żelazem. A to oni coraz częściej nadają ton polskokatolickiej rzeczywistości.

    Oczywiście, można sobie pofolgować, ale w szczelnie zamkniętej piwnicy. Ale tego akurat towarzystwa (integryści, środowiska Opus Dei) nie posądzałbym o nadmierny upadek moralny. To chyba jedyni, którzy traktują wiarę (i politykę!) bardzo serio.

  6. znowu_ja, masz rację, elity z USA są zbyt dobrze wychowane, by mogło im się wymsknąć coś takiego. Trump wprowadza tu zupełną odmianę obyczajów, że można sprawować władzę i odpalić coś o nielubieniu muzułmanów. U Clintona i u Obamy chyba ważniejsze było nieszkodzenie amerykańskim firmom rozsianym po świecie, więc wariackiej polityki o zniszczeniu Izraela oficjalnie tępili, ale dostarczali mu broń. Zresztą prawie każdemu. Głupia ta Północna Korea. Mogła być grzeczna i kupiłaby wszystko ze Stanów.

    O „naszym” kościele niewiele mogę powiedzieć, młodego pokolenia księży już nie znam (no, jednego, ale wpisuje się w typ opisany przez Ciebie). Więc przyjmuję To, co piszesz i jeszcze bardziej się martwię.

    A Twoje uwagi o ośmiolatce Trumpa, choć idą wbrew powszechnej wierze i wiedzy o niechybnym impeachment, brzmią dla mego ucha jako bardzo dobrze zestrojone z instrumentem, czyli z ludem – i jak się zastanowić nad historią polityki ze Stanów, od prześmiesznych, wręcz koreańskich historyjek o dawnej Louisianie, poprzez Reagana i Reaganowitów z Kalifornii i różne cyrki z NY, to trzeba przyznać, że tamci politycy w pełni zasługują na swojego Trumpa.

  7. @andsol

    Ja również nie obracam się w kościelnym towarzystwie. Piszę to, co mi się wydaje na podstawie moich jednostkowych obserwacji – a one wcale nie muszą być adekwatne. Otóż wydaje mi się, że ludzi, idących do seminariów, można generalnie podzielić na dwie grupy:

    Cyników i sybarytów, którzy tylko udają konserwatystów (grzmią z ambony kościelne mądrości o gejach, dżenderach i Cywilizacji Śmierci), dopasowując się do aktualnego „tryndu” w polskim episkopacie (cóż, transmitowanie owieczkom Obowiązującej Linii Politycznej należy w pewnym sensie do ich obowiązków), ale lubią sobie zdrowo pojeść, porządnie popić i pofolgować z gosposią, szczególnie po tylu latach postu w seminarium. Czyli: w zasadzie nie wierzą w to, co głoszą, a gejowskie wyskoki ich kolegów w rzeczywistości przesadnie im nie przeszkadzają. „Cynicy” idą do seminariów z różnych powodów: bo nie mają innego pomysłu na życie, bo rodzina spod Jasła tego oczekuje, bo „kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie” itp. Więc te dżendery i fasadowy konserwatyzm to tylko zasłona dymna, szczególnie, że część z nich to geje. Ci ludzie najczęściej podpierają się autorytetem JPII na takiej samej zasadzie, jak komuniści podpierali się Marksem (o którym mieli, w najlepszym wypadku, blade pojęcie).
    Intergrystów z krwi i kości, raczej młody zaciąg księży, którzy idą do seminariów, żeby aktywnie zwalczać wyciągającego łapy po Polskę Szatana, który szczególnie upodobał sobie Polskę, czyli ostatni bastion wiary w bezbożnej Gejropie – bo to tu, w ojczyźnie Jana Pawła Wielkiego stoczy się, z siłami Lucypera, Ostateczny Bój O Prawdę. Większość z nich chyba sympatyzuje z Opus Dei i podobnymi grupami. To nie są ludzie zainteresowani doczesnością i marnościami typu gorzała i golonki, a i aktywnych homoseksualistów raczej wśród nich nie uświadczysz (część może nimi być, ale z wszystkich sił to wypierają, zwalając to na karb szatańskich, które starają się zdeprawować kapłanów i sprowadzić ich na manowce). Nie dla nich radosne lata 90-te, kremówki i „filozofia po góralsku”. Różaniec to dla nich karabin, którym chcą rozstrzeliwać czających się w każdej lodówce Szatanów. Ci ludzie idą do seminariów, ponieważ odczuwają autentyczne powołanie.

    Integryści, choć czasem uciążliwi dla episkopatu, są tolerowani, a nawet hołubieni. Ksiądz Międlar bynajmniej nie wyleciał za to, że sympatyzował z narodowcami (bo to dotyczy wielu księży), ale chyba raczej za to, że gromił „lobby gejowskie” w kościele – i przypuszczalnie groził, że ujawni tajemnice alkowy. Wiele osób miało więc powody, żeby się go pozbyć.

    Oczywiście, pomiędzy „cynikami” a „integrystami” możliwe jest całe spektrum form pośrednich…

    Nawiasem mówiąc, Krzysztof Varga wyda w maju książkę, której akcja ma miejsce w środowisku kościelnych egzorcystów – „Egzorcyzmy Księdza Wojciecha”, którego fragment znalazł się w nowym „Magazynie Książki”, dodatku do Wyborczej – już ten fragment mnie zachwycił:
    http://wyborcza.pl/ksiazki/7,154165,21367672,egzorcyzmy-ksiedza-wojciecha-fragment-nowej-ksiazki.html

  8. Szlag by trafił administrację Wyborczej, z jednej strony jasno stoi, że mam„269 dni do końca prenumeraty (do 14.11.2017)”, a z drugiej nie dają mi przeczytać więcej niż dwa akapity. Ach, może chcą, żebym dopłacił do „Premium”. Niech się ugryzą. Poczekam do maja i kupię książkę. Dzięki za wskazówkę. Nawiasem, jedna z czytanych równolegle książek to „Polska mistrzem Polski”. Bardzo go sobie cenię.

  9. Jakbyś sądził, że się na Ciebie uwzięli bo jesteś z Brazylii to uprzejmie donoszę, że ja mam tak samo.
    Nie bardzo wiem, co to jest to premium, ale ja tego nie chcę.

  10. Jakby się ktoś uparł, to tu jest trochę tekstu (pobrane z fotek na fejsie wydawnictwa Wielka Litera):

    Nawet czytelne, niestety tylko pierwsza strona.

  11. Bardzo przepraszam – myślałem, że wrzucam sam link do pliku, nie miałem pojęcia, że wordpress wyświetla takie rzeczy. W każdym razie obrazek można powiększyć do sensownych rozmiarów.

  12. Zaprawdę, powiadam Ci, nie przepraszaj, po otworzeniu na nowej stronie, powiększeniu przez klik, a potem powiększeniu przez Ctrl&Shift&+ zrobiło się tak duże, że samo się czytało i to z przyjemnością. To jak wyjdzie w maju, tej strony już nie będę musiał kupować. Dzięki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s