Kamyk na pomnik

Historyjka jest z dalekiej przeszłości, ale moment wydaje się właściwy na opowiedzenie jej. Niewłaściwe by było jednak cytowanie innych nazwisk bez podania własnego. Jest ono znane każdej osobie, która odwiedzając mój blog zajrzała na moją stronę internetową, ale dla tych, którzy tam nigdy nie dotarli, wyjaśniam: andsol to Andrzej Solecki i gdy relacjonowana tu sprawa żyła, byłem asystentem na matematyce Uniwersytetu Wrocławskiego. Z danych osobistych (może to mało istotne, ale ciekawe) dodam, że byłem wówczas mężem Ani, dziewczyny nie tylko uroczej, ale i miewającej błyski pierwszej klasy (nie za darmo dostała ileś lat później, pod innym nazwiskiem, odznaczenie solidarnościowe). I gdy małe piekiełko rozpętywało się, ją także wezwano „w mojej sprawie” na nieprzesłuchanie esbecji, a ona z szeroko otwartymi oczętami i drżącym ze wzruszenia głosem oznajmiła pankapitanowi: „to mój mąż zrobił coś nielegalnego? To go aresztujcie!”

Nawiasem, zbyt wyrafinowani w działaniach ci od pankapitana nie byli; rok wcześniej jej nowy znajomy (taki, który w potrzebie spada z nieba) sam z siebie i za darmo zaoferował jej maszynę do pisania. Była nader użyteczna, bo dorabiałem tłumaczeniami na angielski dla Studia Logica, teksty proste typu „if… then…; hence… in virtue of…”, czyli takie, w których nie pojawiała się literka „ą”, a ona właśnie wybijała się parę punktów ponad poziom linii, więc nawet gdybym wypisywał na niej antyrządowe ody, ale bez diakrytyków, identyfikacja źródła nie byłaby ułatwiona.

Osoby nie rozumiejące czemu posiadanie maszyny do pisania było rzadkością lub nie wiedzące co to była maszyna do pisania najmocniej przepraszam, ale nie będę tego na moim blogu wyjaśniać. To takie sprawy z czasów ubijania dinozaurów kamieniami.

Wyjaśnię jednak, że esbecja warszawska miała wtedy sukcesy (a więc awanse i podwyżki), na przykład sprawa taterników, czego oddział wrocławski im pozazdrościł. I postanowili coś zmontować. Może ktoś z czytających mnie, żyjący we Wrocławiu i mający dostęp do Pism Wybranych esbecji, łatwiej niż ja ustali kto, co i ile za to dostał; byłem czasami nawet trochę ciekaw, ale nie aż tak, żeby pisać podania i prosić o dostęp. A co by mi dało poznanie nazwiska konfidenta czy dokładnych zamiarów pankapitana. Więc wiem tylko, że pewnego późnego wieczoru znalazłem się w jednym z pokoików któregoś z akademików znanych jako „stodoły”, a było tam ciemno i przytulnie, bo wszystko było wysłane kocami. Oczywiście gdybym miał troszkę lepszą głowę albo nieco doświadczenia, wiedziałbym, że kocami najtaniej ukrywało się całe stado mikrofonów, ale wiedziałem tylko, że jestem jednym z zaproszonych na rozmowę o tym co można zrobić, żeby polepszyć polską edukację. Oprócz konfidenta chyba 6 czy 7 osób, mieszanka studenckich działaczy i „młodych pracowników naukowych”.

Świetnie rozumiem późniejsze rozdrażnienie pankapitana: z powodu mojej niechęci do Spraw Tajnych zepsułem im zabawę, czyli awanse i podwyżki, bo gdy młody entuzjasta (czytaj: konfident) zaczął wyjaśniać cel spotkania, i dla owego celu (naprawy polskiego nauczania) mieliśmy na początek założyć organizację i w niej prowadzić dyskusje i prelekcje, od razu storpedowałem piękny projekt upierając się, że do rozmowy nie trzeba organizacji, a rozmówców i miejsca, a temat jest tak powszechnie zajmujący, że nie należy rozmów ograniczać do jakiegoś wybranego grona. (Ciekaw jestem czy zachowały się nagrania z moim głosem – czy był on bardzo odmienny, który mi się do dziś zachował?)

Konfident jednak jechał swoim torem jak nakręcony na sprężynę samochodzik i miał za oczywiste, że rozmowy mogą być tylko w organizacji, a organizacja musi być tajna, bo bez tego rozmowy nie są wiele warte. Słuchający nas chyba dobrze rozumieli moje uwagi – za wyjątkiem Kornela Morawieckiego, którego wyraźnie ożywiły słowa konfidenta o tajnej organizacji. I gdy konfident, mający projekt organizacji za prawie pewny, wyraził zaniepokojenie „a co zrobimy jeśli ktoś doniesie ubekom o naszej organizacji”, Kornel odpalił bez chwili namysłu: „jak to co? Przecież mamy tradycje Kedywu”.

I to był najpiękniejszy prezent dla pankapitana, po prawdzie jedyny, który wtedy od nas dostał. Nawet i we mnie pankapitan rzucał owym Kedywem jak gdybym to ja (a nie Kornel) jego (a nie donosiciela) zamierzał zastrzelić. A w ogóle był milutki i na początku próbował mnie przekonać, że to „oni” są winni, a ja, jako prawdziwy Polak, powinienem to dobrze znać, bo oni już tak od czasu Esterki w Polsce mieszają. Nie, nie znałem. Więc on uczył, uczył, nie douczył, ale dokuczył. Potem stracił wiarę w moją edukowalność i nawet raz się zapienił (co ja mam takiego w charakterze, że trzem osobom w moim życiu zdołałem wywołać pianę na ustach? Przez to wiem, że to nie żadna metafora), ale nigdy mnie nie uderzył, więc nie jestem męczennikiem i w zasadzie nie mam o czym opowiadać. Może tylko o jeszcze innej skardze pankapitana (chyba strasznie go to bolało), że gdy spytał Kornela o któregoś z naszych kolegów z wydziału, to Kornel mu oznajmił: „ja z nim nie rozmawiam, to jakiś pierdolnięty komunista”. Pankapitan miał swoje wykształcenie (robił nawet jakiś doktorat) i nie uznawał używania takich brzydkich słów.

O późniejszym Kornelu mogę tylko jedno powtórzyć, bo nam się drogi rozeszły, mnie zaniosło w Antypody, a jego w Podziemie, ale Bolesław Gleichgewicht kiedyś ze śmiechem mi opowiadał, że gdy już esbecja się od niego w zasadzie odczepiła, ale jeszcze niekiedy nawiedzała, jeden z Bardzo Ważnych Ubeków powiedział mu poufnie i serdecznie: „a niech pan powie Kornelowi Morawieckiemu, żeby przestał się ukrywać, bo my naprawdę go nie szukamy i może spokojnie żyć”. Czort wie, może mówił prawdę, może nie, ale Bolek informacji Kornelowi nie przekazał, bo nie miał pojęcia gdzie Kornel był ukryty.

Jaki Kornel był, taki był, Bóg z nim, ale na pewno był odmienny od syna. Nie był krętaczem, potrafiącym wykręcić pieniądze nawet z Kościoła.

Reklamy

2 myśli na temat “Kamyk na pomnik

  1. Staropolska historia i staropolskie użycie formy łączonej „pankapitana”, odmienno-nieodmiennej (a przez to także symbolicznej); uznanie.

  2. @andsol:
    Przednie.
    Nostalgia bywa zaraźliwa. To znaczy, dla mnie bywa. Od razu przypomniały mi się moje wszystkie przejścia z esbecją. Na szczęście potrafię się jeszcze opanować i nie napadać na niewidoczne komentatorstwo będąc w stanie wskazującym na zaczadzenie wspomnieniami.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s