My nie chcemy słuchać o tym!

List uczennic II Liceum do Pana Prokuratora

Chcemy powiadomić Pana, że w naszej szkole nauczyciel matematyki, mgr M., często rysuje na tablicy trójkąty i każe nam szukać punktu G. Czasami z dwuznacznym uśmiechem mówi, że gdyby wyciąć trójkąt z tektury i chcieć go obracać na palcu to palec musi dotykać właśnie punktu G, bo to jest punkt ciężkości.

Jesteśmy katoliczkami, znamy nasze obowiązki jako osób wierzących i nie zgadzamy się na przemycanie brudnych treści seksualnych na lekcjach matematyki. Uważamy, że matematyka powinna zostać zastąpiona przez lekcje religii, a mgr M. powinien zostać skazany na 3 lata więzienia.

Z poważaniem

/…/ nieczytelne podpisy

9 myśli na temat “My nie chcemy słuchać o tym!

  1. Na pierwszy rzut oka widać, że fałszywka. Uczennice licealne mówią o swoich nauczycielach per ‚profesor’, a nie ‚magister’. Zresztą i na uczelniach wyższych ‚magister’ to albo produkt końcowy akademickiego układu wydalniczego albo bardzo agresywny epitet wobec kadry na etatach dydaktycznych.

  2. PS. Bezkarnie ‚magistrem’ można w Polsce nazwać jedynie farmaceutę w aptece.

  3. Najważniejsze, że matematykowi udaje się udowodnić istnienie punktu G, bo ani ginekolodzy, ani seksuolodzy, ano edukatorzy seksualni nie mogą dojść do porozumienia w tej sprawie.

  4. Całe szczęście, że nie mogą dojść do porozumienia. Dzięki temu wciąż istnieje potrzeba poszukiwań 🙂

  5. @babilas:

    Bezkarnie ‚magistrem’ można w Polsce nazwać jedynie farmaceutę w aptece.

    Niekoniecznie. Istnieją poważne różnice regionalne. Np. wewgalicji to nadal (ku mojemu zdziwieniu) nie jest to obelga. Znam osobiście pewnego Pana z Krakowa, któryz dumą podpisuje swą korespondencję prywatną jako mgr. takia taki.

    Może to jakieś wpływy austryjackie, mam kilku korespondentów z Austrii, którzy uczynili z tytułu magistra część adresu mailowego. To wygląda tak: mag.haembacher@nazwadomeny.at

    Zupełnie poważnie.

  6. @ telemach
    Również zupełnie poważnie:
    W Austrii tytuł jest oficjalnie częścią nazwiska. Jest w paszporcie, dowodzie osobistym i na karcie kredytowej, ludzie się tak popisują, niektórzy nawet w prywatnej korespondencji. Gdy idę do lekarki i jest moja kolej, ta mnie wywołuje: „Frau Magister S.”. Do dziś mnie to drażni. Zaznaczam, że nie jestem aptekarką.

  7. Ach, to tutaj nadchodzi czas opowieści, którą kiedyś słyszałem, ale już zapomniałem, czy dotyczyła mojego znajomego (a jeśli tak, to którego), czy też znajomego znajomego, a może i jakichś dalszych stopni oddalenia. Opowieść ta działa się (to ważne!) w czasach odległych, a miarą tej odległości było korzystanie z listów (takich w kopercie, ze przylepianym znaczkiem, doręczanych przez ludzi), zamiast SMSów, WhatsAppów, czy innych e-maili.

    Otóż bohater tej opowieści po ukończeniu studiów (nie było nawet jeszcze systemu bolońskiego, więc studia kończyły się jednoznacznie tytułem magisterskim) wyjechał był na coś w rodzaju grand tour nad Lazurowe Wybrzeże (czasy musiały jednak nie być tak odległe, bo było to już możliwe, jakkolwiek wciąż nieco ekstrawaganckie), gdzie zamieszkał na dłużej w pensjonacie prowadzonym przez pewną starszą damę. Na dłużej, bo to jednak czasy przed-ryanairowe, i jak już ktoś gdzieś dojechał, to chciał sobie tam trochę pobyć.

    No i do bohatera opowieści zaczęły na adres pensjonatu docierać listy z kraju, w trybie, jako się rzekło, snail-mail. Ostatnim etapem doręczenia była owa właścicielka pensjonaty, która dostarczała te listy z coraz większym szacunkiem i uniżeniem, a raz nawet niemal uklękła. Sprawa się wyjaśniła za czas jakiś, gdy dama odezwała się do naszego bohatera mniej więcej tymi słowy: „przepraszam za śmiałość, ale Wasza Ekscelencja taki młody, czy to jest typowe w jego kraju?”. Okazało się, że rodzina – dla żartu zapewne, ale może niekoniecznie – prefiksowała personalia naszego bohatera skrótem Mgr, co w Polsce jest jednoznaczne. We Francji również, ale znaczy zupełnie coś innego (Monseigneur).

    Kardynał doszedł do wniosku, że sprawa jest zbyt kłopotliwa i czasochłonna w tłumaczeniu, więc przyjął niespodziewaną nominację, zaznaczając tylko, że jest incognito i prosi o dyskrecję. Ale do końca pobytu musiał się w miarę porządnie prowadzić, co na przykład wykluczało powroty w stanie nieważkości.

  8. A w londyńskim Royal Opera House (zwanym potocznie Covent Garden), gdy kupujemy bilety przez internet to musimy się wpierw zarejestrować. Rejestracja obejmuje podanie naszych danych personalnych, adresu, sposobu płatności i jeszcze kilku detali, z których jednym jest wybranie sobie z rozwijanej listy stosownego tytułu. Lista nie ogranicza się tylko do tytułów związanych z płcią (Mr lub Ms, w wersji bardziej rozwiniętej Miss lub Mrs) czy też naukowych (Dr czy Prof). Można też być wielebnym (Rev.). Na samym szczycie listy, jak ktoś dostatecznie uporczywie przewinie, znaleźć można również opcję ” Her/His Majesty”. Co tylko dowodzi, że sytuacja w której jednoosobowy suweren kupuje przez internet bilety do opery nie jest tak całkiem niewyobrażalna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s