I niewidoczny księżyc

Na zdjęciu jest nasza bugenwilia oraz pomarańcza sąsiada.

Jest między nimi głęboki związek.

Obie są niejadalne.

14 myśli na temat “I niewidoczny księżyc

  1. Ach nie, pan Isaac jest bardzo życzliwy i użyczliwy. Daje czasami banany czy porongo (to takie dziwne naturalne naczynia, okrągłe opakowanie żywo rosnące), a od nas dostaje dynie czy maniok. Pomarańcze są niemiłosiernie kwaśne. Nie wiem po co Pan Bóg je ulepił.

  2. Dlaczego? Może odmiana, może coś w glebie, a może… Przyjaciel mawiał: dwie panie mieszkające w takich samych mieszkaniach wchodzą do sklepu, kupują tę samą pastę do podłogi i jednej podłoga się świeci a drugiej się nie świeci. No, taka karma.

    O używaniu jako cytryny nie myślałem, ale to by mi skomplikowało życie, bo musiałbym używać cytryny z mojego drzewka jako niejadalne pomarańcze.

  3. W pierwszym momencie zwróciłem uwagę na pomarańczową szopę pana Isaac’a. Wydaje się być w tym samym związku 😉

  4. Ktoo wie, może jest związek? W tych okolicach oddawano wielkie tereny na sadzenie tytoniu i ta „szopa” to jedna z wielu okolicznych dawnych suszarni. Wysokie i puste w środku budynki, gdzie zwisały z belek wiązki (? nie wiem jak to się nazywa) tytoniu. Kto wie czy wiele lat tej monokultury nie sprawiło glebie przykrości.

    Przy okazji: tytoniu teraz prawie tu nie ma. Myślę, że po części dlatego, że jednak ludzie dużo mniej palą, a po części dlatego, że hurtownie skupujące liście grały z rolnikami w bambuko. Nie spotkałem jednej jedynej osoby wśród tych, co kiedyś uprawiali tytoń. kto by opowiedział inną historię. Gdy przychodziła godzina dostawy produktu, hurtownia wymyślała jakieś rzekome wady liści, czy mówiła, że zmieniła się klasyfikacja, albo że ten typ liści teraz jest mniej pożądany – i powoli odstraszyli ludzi od sadzenia tytoniu. Przechodzono na fasolę, maniok, kukurydzę.

  5. W Galicji było technicznie inaczej. Liście tytoniu nizało się na sznurki i wieszało na płotach. Wiem, bo nizałam. O dalszych losach liści nie mam pojęcia.

  6. I to mocno cuchnące.
    Gdzieś tam, po drodze, wonne liście zmieniały się w „Sporty”.

  7. Kwaśne pomarańcze może nadają się na dżemy lub konfitury? Przy normalnych owocach ilość cukru potrzebna do zakonserwowania tworzy ulepek, te mogą być w sam raz…

  8. @tetryk: gdy powiem V. o Twojej sugestii przypuszczalnie skrzywi się nieco jak po pomarańczy, bo jest tyle innych płodów do robienia przetworów… Ale zacięcie eksperymentalno-sportowe może mnie skłonić do wdania się w ten projekt.

    Nawiasem, starszy syn (zdołaliśmy ściągnąć obu tu gdy we Floripie zanosiło się na spore kłopoty) ujawnił bardzo nieoczekiwany przepis na zupełnie genialną surówkę. Nie wymyślił, ktoś mu to przekazał. Tylko muszę dodać, że jest sezon na ananasy, z ciężarówki ronika (znowu stoi ona przy szosie, przez parę tygodni nie wolno mu było) 4 dorodne sztuki są za 10 reali. No więc szatkuje się kapustę i ananasa, a do tego nie dodaje się niczego. Ani szczypty soli. Cudowna prostota, nawet najbardziej obawiający się kuchni poradzi tu sobie. Zaskoczenie smakiem.

  9. Pamiętam siebie sprzed lat co najmniej trzydziestu oszołomionego świeżo odkrytym i dostępnym Zachodem, kroczącego po ulicach Sewilli w zadziwieniu, że przy tych ulicach rosną sobie pomarańcze, dojrzewają, spadają z drzew, i nikt, ale to nikt ich nie zbiera i nie je – nie tak dawno jeszcze postępy statków w drodze z Kuby do polskich portów były obowiązkowym punktem przedświątecznych dzienników telewizyjnych. Gdy (ukradkiem!) zerwałem jedną i spróbowałem zjeść, zrozumiałem wszystko. Wkrótce potem dostąpiłem mocy poznania złego i dobrego (owocu) i nauczyłem się rozpoznawać jadalne od niejadalnych – te niejadalne mają skórkę jakby z cellulitem, bardziej chropowatą.

    Wiele później zainteresowałem się systematyką rodzaju Citrus, która prostą nie jest, bo wszystko to krążyło po całym świecie (z początku po Starym, później też i Nowym) i krzyżowało się ze sobą z wielką łatwością. Okazało się, że słodka pomarańcza nie jest wcale szlachetną odmianą pomarańczy gorzkiej (czy też na odwrót, pomarańcza gorzka jakąś bardziej pastewną, prymitywną formą pomarańczy słodkiej) – to są dwa zupełnie odrębne taksony, spokrewnione ze sobą na poziomie rodzaju. Swoją drogą, skoro już mowa o podróżach owoców cytrusowych, czy wiesz AndSolu, że Turcy i Bułgarzy mówią na pomarańczę portokal dla uszanowania kraju, przez który zapoznali się z tym owocem (mimo, że do jego ojczyzny – Azji mają jakby bliżej).

    Pomarańcze gorzkie (czy też kwaśne, polskie nazewnictwo nie jest tutaj jednoznaczne) nadają się (oprócz zdobienia ulic Sewilli i innych miast – ale ozdoba to wątpliwa gdy już spadają z drzew i rozjeżdżają je samochody, rozdeptują piesi) prawie wyłącznie do robienia dżemu, zwanego z angielska marmoladą (marmalade) i bedącego przez tak liczne wieki podstawowym dodatkiem do śniadaniowego i podwieczorkowego pieczywa z brytyjskiego tostera. To u nich taka tradycja kulinarna, której początki giną w pomroce dziejów (bo przecież pomarańcze w Anglii nie rosły).

    Jest taka urocza legenda wiążąca brytyjską marmalade ze Szkocją. Otóż jakoby chytry i oszczędny (bo w naszym przeświadczeniu, nie podzielanym poza Polską, każdy Szkot jest taki) przedsiębiorca z Dundee kupił “po małych pieniądzach” cały statek pomarańczy z Sewilli, które jednak okazały się być gorzkimi, i to cała tajemnica okazyjnej ceny. Aby zminimalizować straty i odzyskać choć trochę kapitału, matka nieszczęsnego szkockiego Zabłockiego zagotowała cały ładunek, łącznie ze skórkami, z cukrem. I okazało się niespodziewanie, że cudowne połączenie wysokiej zawartości pektyn z naturalną kwaskowatością i dodatkiem cukru skutkuje powstaniem czegoś bardzo smacznego. Legenda jest tylko legendą – marmolady z gorzkiej pomarańczy znane już były na Wyspach wcześniej, ale firma Keiller and Sons była pierwszą, która produkowała je na skalę przemysłową (i bodaj istnieje do dziś).

    Inna znów legenda wiąże nazwę (marmelade) ze szkocka królową Marią Stuart, która zapoznała się z tym produktem podczas pobytu na dworze francuskim i używała go jako lekarstwo na ból głowy i depresję. Marie est malade – szeptały do siebie jej dwórki, gdy potrzebna była terapia. Ani vero, ani ben trovato: portugalskie słowo marmelo oznacza podobno pigwę – bo z niej wpierw robiono dżemy i przetwory. Pigwa też zresztą nie występowała w Portugalii, tylko trafiła tam z Azji Mniejszej, ale to już inna historia.

    A tutaj na użytek Vanildy przepis (na wszelki wypadek). Zwróć uwagę, że cukru dwa razy więcej niż pomarańczy, więc to raczej przetwór z cukru, a nie z owoców.

  10. No właśnie, pigwa. Tak samo z guawy – goiaba – jest goiabada. A odmian pomarańczy jest tu wiele na różne użytki i niektóre nie uchodzą w ogóle za pomarańcze. Choćby lima – to nie jakaś limonka, a wyblakła w smaku pomarańcza, ale jak ją nazwiesz pomarańczą, wszyscy szybko poprawiają, że to lima.

    Nie pamiętam już ile odmian posadziliśmy tu – najmniejsze to xim-xim, i już pojawiają się owocki, ale na inne trzeba parę lat czekać, co jest sporym brakiem zrozumienia ze strony Natury.

    A mleko od krów sąsiadki jest tak gęste, że trzęsąc zgarniętą śmietanką w słoiku V. wyrabia masło. Żadnej tam centryfugi czy innych wymysłów. Tak, wiem, że krowa to nie roślina, ale skoro już tak o jedzeniu…

  11. Zachęcony przez PT Komentatorów wyszedłem z domu i z boku terenu (będzie tam kiedyś uliczka prowadząca do innych posiadłości, więc póki co to jest obszarem niczyim), gdzie rośnie pomarańcza odmiany mexerica, znana tu też jako tangerina, zebrałem z drzewa dostatecznie wiele owoców, by przygotować 1,5 l syropu. V. go uznała za nadający sie do użytku, co jest dla mnie wysokim odznaczeniem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s