Nauki z naszych doświadczeń

Dwustronny pakt obronny USA i Izraela byłby katastrofalnym błędem. Po pierwsze i przede wszystkim, USA nie są w stanie utworzyć wojskowej konwencjonalnej potęgi na Bliskim Wschodzie. Jakakolwiek gwarancja dana przez USA Izraelowi byłaby tak bezwartościowa jak zobowiązania dane Polsce w roku 1939 przez Zjednoczone Królestwo i Francję.

Ponadto, gdyby taki pakt istniał, prawie na pewno pojawiłyby się naciski polityczne w Izraelu, by zmniejszyć ciężar obowiązkowej służby wojskowej i służby rezerwistów izraelskich obywateli.[…]

Po trzecie, aktualne izraelskie możliwości działań zostałyby poważnie ograniczone przez priorytetowe narodowe cele USA.[…]

Kenneth S. Brower, Israel Versus Anyone: A Military Net Assessment of the Middle East, The Begin-Sadat Center For Strategic Studies, Bar-Ilan University, August 2020

33 myśli na temat “Nauki z naszych doświadczeń

  1. Na razie nabieramy nowych doświadczeń. A mianowicie z powodu walki z koronawirusem w szkołach mają być zamontowane maszty z biało-czerwonymi flagami oraz zwielokrotnione lekcje historii oraz wychowania obywatelskiego. Biskupi z kolei orędują za wznoszeniem krzyży morowych i przypominają o konieczności intensyfikacji nauczania religii. Za chwile pojawią się flagelanci, a w trybie reakcji na nasilającą się epidemię rząd będzie aresztował i rozstrzeliwał nocami niezbyt zaangażowanych lekarzy. Do rozwiązania pozostaje problem ze staruszkami, którzy pomimo ósmego krzyżyka na karku uporczywie trzymają się życia i domagają się lekarstw oraz leczenia, a także rozbestwionych nauczycieli, którzy wciąż oczekują dostaw indywidualnych środków ochrony i roją coś o nauczaniu zdalnym.

  2. @kwik – Odchodzimy, jak z Twojego linku wynika, od staromodnego modelu funkcjonowania społeczeństwa opisanego przez Tuwima („Murarz domy buduje, Krawiec szyje ubrania”). Dziś medycyną zajmują się matematycy. Pozostaje tylko ustalić, czym mają zająć się lekarze.

  3. Zwykle nie jest tak istotne czy jest lepiej czy gorzej, ale najważniejsze by było sprawiedliwie. Można by tak wszystkich na raz ….

  4. @ mbabilas – lekarze mogliby się skupić na ratowaniu chorych znajdujących się w ich polu widzenia. Chyba największym felerem teoretycznie genialnej koncepcji analityka Szczawińskiego jest powszechny brak chęci wypróbowania jej w praktyce. Po zapoznaniu się z niektórymi szczegółami zrozumiały: https://www.medonet.pl/koronawirus/koronawirus-w-polsce,koronawirus–model-uzyskania-odpornosci-stadnej-dla-polski-autorstwa-krzysztofa-szczawinskiego,artykul,46187428.html

  5. lub niczego nie pojmuje

    Dziś medycyną zajmują się matematycy. Pozostaje tylko ustalić, czym mają zająć się lekarze.
    Nie trzeba ustalać, bo wiemy nie czym, ale kim zajmuje się dziś, na ten przykład, lekarz kardiolog, albo lekarz innej specjalizacji, którego przeniesiono na oddział zajmujący się ciężko chorymi na covid-19. I zapewniam Pana, że nie są mu obce modele statystyki: 80%, z 20%, potem 30% itd… dotyczące epidemii… Matematycy nie zajmują się medycyną, a statystyką: czyż to nie.sztuka

  6. „Dziś medycyną zajmują się matematycy. Pozostaje tylko ustalić, czym mają zająć się lekarze.”

    Nie ma czegoś takiego jak „medycyna”. Od dawna. Przeświadczenie, że „lekarz powinien znać się na medycynie, bo przecież medycynę studiował”,( tak jak np. spawacz zna się, lub powinien się znać na spawaniu) jest co prawda powszechne, ale niekoniecznie słuszne. Od dziesięcioleci nikt tego już nie jest w stanie choćby ogólnie ogarnąć. Psychiatra nie potrafi rozpoznać arytmi, pediatra jest bezradny w hospicjum, okulista nie porozumie się ani z laryngologiem, ani z ortopedą, a gastroenterolog z pulmonologiem rozmawiają jak pigmej z eskimosem. A najchętniej wcale. Wszyscy oni razem wzięci (z wyjątkiem może ortopedy) nie są w stanie wykonać najprostszego zabiegu chirurgicznego.
    Tak jest w momencie zakończenia specjalizacji II stopnia, gdy po 10 latach od uzyskania dyplomu lekarz zdoła wreszcie zapomnieć wszystkiego, czego się na studiach nauczył i pamięta tylko to co mu w jego specjalizacji jest potrzebne. Czemu towarzyszy często przekonaie, że to czym sam się zajmuje jest ważne, ba najważniejsze. W tym przekoniu utwierdza go fakt ogromnej ilości pacjentów ze schorzeniami na których się akurat zna – co jest zrozumiałe bo nikt do niego nie wysyła pozostałych ani też się sami nie zgłaszają. – bo i po co mieliby się zgłaszać do proktologa gdy nagle widzą podwójnie.

    Do czego zmierzam? Ano do tego, że być może fakt, że za opracowanie modelu epidemii zabrał się jakiś Szczawiński, jest wynikiem tego, że żaden z powyżej wymienionych lekarzy najzwyczajniej nie jest w stanie tego zrobić. Włączając w to epidemiologów, których (z jako takim dorobkiem) jest w Polsce tuzin. Jakimś wyjściem byłby interdyscyplinarny zespół – ale a to nie zanosi się niestety.
    I mamy w Polsce to co mamy. Zresztą nie tylko w Polsce, ale w Polsce mamy do czynienia z procesem decyzyjnym w wykonaniu dyletantów zgrabnie połączonym z atrapą służby zdrowia. Do tego dochodzą głębokie przeświadczenia szerokiej publiki, która co prawda nie rozróżnia wyniku testu będącego wsparciem diagnostyki różnicowej w przypadku wystąpienia schorzenia od samego schorzenia w sensie klinicznym, ani nie rozumie różnicy pomiędzy case fatality i infection fatality, ale chętnie straszy się nawzajem wyrwaną z kontekstu ilością zgonów i dokładnie wie co należy zrobić na zdrowy rozum i dlaczego, bo w telewizji pokazali wielkiego wirusa z kolcami i konwój ciężarówek w Bergamo.

    Interesującym aspektem jest niebywała polaryzacja i antagonizacja tzw.” świata medycznego” umykająca percepcji ogółu, może i lepiej. Nigdy przedtem tylu lekarzy nieuważało tylu lekarzy za niedokształcone głąby, fanatyków, lekkomyślnych ryzykantów z klapami na oczach, bądź histeryczne, emocjonalnie labilne jednostki. Chirurdzy mówią o dyktaturze oszalałych wirologów, onkolodzy o eksterminacji chorych na raka spowodowaną przez speców od chorób zakaźnych a kardiolodzy o lekceważeniu naprawdę poważnych i niebezpiecznych dla życia schorzeń w celu ratowania ogółu przed schorzeniem z ich punktu widzenia statystycznie mało groźnym – czemu naturalnie są winni wirolodzy i epidemiolodzy mający swoje pięć minut i wieloletnią frustrację, że nikt nie brał ich poważnie, a tu patrzcie państwo.

    Jest ciekawie. ,

  7. zaraz zaraz przecież ów matematyk nie biegał ze skalpelem i strzykawką tylko wykonał model zjawiska i na jego podstawie próbuje wnioskować coś o świecie rzeczywistym. Czyli mniej więcej to czym matematycy się do tej pory zajmowali.

  8. Ów analityk zdaje się najpierw dostrzegł to co wszyscy, tzn. że śmiertelność starych przy kowidzie jest dużo dużo wyższa niż młodych, a potem dopiero wziął się za modelowanie, z którego wyszła mu prosta recepta na uratowanie ludzkości przed ekonomicznymi skutkami walki z epidemią.

  9. @nightwatch77. Oczywiście, tylko do modelowania zjawisk należałoby mieć jakąś wiedzę o tym jak te zjawiska przebiegają, jakie dane wejściowe należy wprowadzić i jak to potem wszystko na użytek świata zewnętrznego opisać żeby uniknąć skojarzeń z pracami (pod)komisji smoleńskiej Antoniego M.

  10. @mbabilas no nie był bym taki wymagający, jeśli choć jedną dziedzinę zna na tyle dobrze żeby głupot nie wygadywać to już by nie dostał roboty w podkomisji. Największych kontrowersji nie wzbudza to czy model jest poprawny czy nie (bo chyba nikt o to nawet nie pytał), tylko to że matematyk zaczyna wypowiadać się na tematy społeczne i medyczne.

  11. Przyjmujemy, że jeżeli reszta z dzielenia liczby n przez 2 jest równa 0, to liczba n jest liczbą parzystą. Tak samo przyjmujemy, że śmiertelność wzrasta po ukończeniu 55 roku życia. Nie tylko w przypadku covida-19…
    @kwik
    zakładasz, że wyjątki liczniejsze są od reguł?

  12. Chwileczkę, czy jeśli specjalista od modelowania będzie wyrażał swoje zdecydowane opinie nie tylko o modelach ale i o opisywanym przez nie świecie, to będzie rzecz bliska sytuacji gdy minister sprawiedliwości jest też arcyprokuratorem. Mam wrażenie, że nie tylko od czasu Monteskiusza cenione jest przekonanie, że skomplikowany system dźwigni, przekładni i hamulców nieźle chroni społeczeństwa przez rozdzielanie tworzenia modeli od ich stosowania i w dodatku od organów oceniających czy są spójne twory i robione z nich użytki. Powikłane to, ale gdzie lepszy model w kwestii modeli?

    Rozumiem, że ktoś może natychmiast zauważyć: przecież praktyka pokaże czy model przystawał do rzeczywistości. Tak, jasne, ale to trwa. I na przykład model pana Balcerowicza (krótko mówiąc: wyrzuć, co ekonomicznie chore, by mieć zdrowy kapitalizm i szczęście narodu) dopiero po wielu latach pokazuje, że przyszło szczęście, ale niezupełnie do narodu.

    Biedni są w tym politycy, Na rzeczywistości znają się średnio (ile razy kompromitowali się pokazując, że nie wiedzą ile drzwi ma autobus albo ile kosztuje kilo mąki), na modelach jeszcze mniej, a decyzje muszą być podejmowane z powodu znanego paradoksu o „decyzji wskutek braku decyzji”. Kiedyś było wiadomo po co się tam ładowali: Bóg tak chciał. A teraz nieuważnie słuchają Głosu Pana i oznajmiają: „naród to ja”.

  13. @kwik:
    seeeekuuuundę.
    Ja wiem, że matematycy to nie etycy (i dobrze, że tak jest), ale nasz bohater zapostulował coś wiedziony przemożną chęcią zrobienia czegoś i w ten sposób wylądował, podobnie jak większość tych którzy mają do wyboru pomiędzy robieniem niczego, a zrobieniem czegoś w klasycznej sytuacji opisanej w troley dillema zwanej też czasem troley problem. Jak z tego wylezie – nie wiem, ale mógł siedzieć cicho i wtedy również nie byłoby znacznie lepiej na odcinku szukania najlepszej strategii.ani pod względem efektów, ani perspektyw. Więc może lepiej, że zrobił co umiał i coś zaproponował?
    Odsądzałbym go zapewne również od czci i wiary jeszcze przed trzema tygodniami, ale od momentu zapoznania się z Great Barrington Declaration muszę uczciwie przyznać, że znalazł się w sporym i świetnym towarzystwie. kilkunastu sygnataiuszy, którym akurat nie mam powodu nie ufać, bądź zarzucać im złą wolę. Plus kilkunastu dywizji lekarzy, którzy (z grubsza) podzielają jego punkt widzenia. Czego dali wyraz popierając wyżej wspomnianą deklarację.
    Czy zawarte w GBD postulaty mają w kraju pt. Polska jakiś sens – to inna para obuwia. Mam mroczne myśli, ale jest to moje subiektywne zdanie, którym dzielę się jedynie wówczas, gdy mam ochotę i czas się pospierać. Ochotę może i mam.

  14. Bardziej bałbym się tego co mogło by wyjść z takiego modelu po przetworzeniu go przez aparat decyzyjny. Na przykład że wirusem należy zakazić młodych, wykształconych i z dużych miast.

  15. @mbabilas:
    babilasie drogi,
    nie wim czy mogę podzielać bez zastrzeżeń. Nastawienie i ocenę głównie.
    Z poglądem, że:

    tylko do modelowania zjawisk należałoby mieć jakąś wiedzę o tym jak te zjawiska przebiegają, jakie dane wejściowe należy wprowadzić i jak to potem wszystko na użytek świata zewnętrznego opisać

    trudno się nie zgodzić. Tak istotnie w idealnym świecie być powinno. Dlatego racjonalnym wyjściem byłoby dokooptowanie temu panu zespołu, a nie wdeptywanie w ziemię na podstawie uznania, że nie, bo medialnie zbiasowana percepcja tak podpowiada.

    Ja wiem, że GIGO i RIRO ale mimo wszystko . Wiedza i doświadczenie podpowiadają mi że częstsze (o wiele) są przypadki Knowledge In, Garbage out niż na odwrót. Przyzwoitość nakazuje jednak nie wykluczać a priori takiej opcji jako całkowicie niemożliwej i robić z gościa płaskoziemca, bo mi się tak wydaje, że tak musi być jak mi się wydaje.

    Do tego dochodzi jeszcze problem taki, że wszystkie dotychczasowe modele (a prezentowano ich już sporo, mam mały spis literatury) napotkały na podobne trudności i w międzyczasie wiemy, że można je o kant dupy rozbić. . Tzn. ci, którzy opisywali i rozumieli dane, musieli przyznać, że ich początkowe założenia dotyczące tych danych, które rozumieli były błędne, a epidemia mało kooperatywna.

    Jeśli nikt nie daje sensownie rady, to może trzeba poczekać z naśmiewaniem się z szympansa próbującego wystukać na maszynie Hamleta? Bo będzie głupio, jak mu wyjdzie.

  16. telemachu zacny!

    W zasadzie to masz oczywiście rację, ja bym nawet obniżył pułap oczekiwań wobec szympansa do jednego sensownego zdania. Ale.

    Jest taka brodata anegdota o majorze – czerwonoarmiście, który szkolił we wczesnych latach 50 fizylierki czy sanitariuszki Ludowego Wojska Polskiego i w trakcie wykładu rzekł (po rosyjsku, albowiem język ten był mu dobrze znany) с начала нужно разобраться, а потом доказывать. Słuchaczki, mimo że nawykłe do koszarowego poczucia humoru wykładowcy, spłoniły się nieco – niesłusznie, gdyż major chciał tylko przekazać myśl prostą, że najpierw należy się samemu zorientować, a potem (innym) tłumaczyć.

    Takoż i tutaj: wydaje mi się nieśmiało, że wciąż jeszcze za mało wiemy o wrogu(*), aby planować kontrofensywę. Na razie pozostaje nam defensywa przy pomocy metod skutecznych w poprzednich wojnach.

    (*) na przykład, czy istnieje trwała odporność po przebytym zakażeniu; jeśli nie, to przecież cały pomysł odporności stadnej (zbiorowej) ab initio vitosum est.

  17. wybaczcie że się wtrącam choć nie jestem adresatem powyższej odpowiedzi. Nie wiemy o tym czy odporność jest trwała czy tymczasowa, ale nie wiemy też co zakładał wspomniany tu model statystyczny i czy bazował na tym że odporność zostaje na całe życie. Można sobie wyobrazić stabilną i trwałą odporność stada nawet jeśli poszczególne osobniki będą odporne tylko przez, dajmy na to, jeden rok. Tak jak np reakcja łańcuchowa która nie zajdzie jeśli zawartość izotopu promieniotwórczego jest za mała.

  18. @Kwik: Ty i wikipedia jako naukowa wyrocznia?
    Zajrzyj do history tego hasła i zobacz sam co tam się dzieje. Tam akurat toczy się interesujący konflikt o przewagę narracyjną Jeńców się nie bierze. Hasło powstało 7.10. W ciągu 11 dni, które od tego czasu minęły naniesionych zostało ponad 600 poprawek, a pięćdziesięciu autorów (poważnie!) poprawia sobie wte i wewte aby wyszła racja mojsza na wierzch i dopisując co parę minut dziwne rzeczy, a skreślając te, kóre im się nie podobają i na abarot..

    Najlepsze jest jednak cofnięcie się w historii do najstarszych poprawek. Niewiarygodna ilość uzupełnień poczyniona z kont, które zostały w międzyczasie uznane za fałszywe i usunięte.

    Kwiku, to nie jest, tak jak chwilowo sprawy stoją, żadne źródło informacji, lecz front wojny ideologicznej.

  19. @babilas:

    Takoż i tutaj: wydaje mi się nieśmiało, że wciąż jeszcze za mało wiemy o wrogu(*), aby planować kontrofensywę. Na razie pozostaje nam defensywa przy pomocy metod skutecznych w poprzednich wojnach.

    100% racji proszę Pana.
    Zapytam skromnie bom ciekaw: dotyczy to racjonalne na wskroś podejście również szczepionki (mRNA) ?

  20. @babilas:
    Acha, problem reinfekcji. Warto istotnie potraktować poważnie, bo od tego dużo zależy. Szukałem literatury i znalazłem 4 (cztery) opisane przypadki rzekomych zakażeń ponownych w rozległej w międzyczasie literaturze przedmiotu. Cały świat naukowy szuka od pół roku nader intensywnie i zdołał pośród 40 milionów zakażonych od początku pandemii znaleźć cztery takie przypadki.
    Nie sądzę aby w obliczu tego faktu był jakiś powód do uwzględniania tej opcji i uznania jej za pierwszoplanową.

  21. @telemach.

    Chodzi Ci o szczepionkę Pfizera? Ryzyko chyba takie, jak w przypadku innych szczepionek – że nie zadziała, że będzie uodparniała na szczepionkę, a nie na wirusa, że wirus zdąży zmutować, itp. (a wszystkie inne, bardzo hipotetyczne zagrożenia wyjdą w testach klinicznych).

    Co ma się nijak do grozy wyzierającej z implementacji pomysłów Szczawińskiego i innych demiurgów darwinizmu społecznego. Zauważ zresztą proszę, że w tych wszystkich koncepcjach pomija się jakiekolwiek detale techniczne proponowanych rozwiązań, a ludzie to przecież nie są myszki laboratoryjne, które za ogonki można powkładać do oddzielnych słojów i trzymać w nich ad libitum. Ja już nawet nie pytam, co zrobić z rodzinami wielopokoleniowymi mieszkającymi wspólnie w M4, bo domyślam się, że rozwiąże się to obozami koncentracyjnymi dla staruszków (w Polsce już zresztą są, nazywają się domami pomocy społecznej – DPS).

    Ja na poziomie ogólnym sympatyzuję Great Barrington Declaration, bo sprowadza się ona do dezyderatu zawieranego często w toastach („obyśmy tylko zdrowi byli, a nasze dzieci miały bogatych rodziców!”), ale przy przejściu na poziom szczegółowy zaczyna przypominać postulat Asnyka w modyfikacji Lindy („trzeba z żywymi naprzód iść, a kto umarł, ten nie żyje”).

  22. @ telemach – trudno jest udowodnić reinfekcję, wciąż np. nie wiemy czy taki Szumowski zachorował dwa razy czy tylko jeden raz. Co gorsza każdy kolejny przypadek jest coraz mniej atrakcyjny naukowo i medialnie, więc komu by się chciało badać.

    Popularne sezonowe koronawirusy podobno nie wywołują trwałej odporności, po pół roku można zachorować ponownie: https://www.nature.com/articles/s41591-020-1083-1

  23. @mbabilas
    Zasadniczo podzielam.
    Z kilkoma drobnymi zastrzeżeniami.
    Wynikają one nie tyle z entuzjazmu dla darwinizmu społecznego, co (chyba) z innego spojrzenia na to co się dzieje. Nie jest to dla mnie jakaś wyjątkowa apokalipsa połączona z hekatombą nieporównywalną do innych plag i katastrof, lecz zdarzenie przytrafiające się ludzkości z nieomal nudną regularnością co kilkadziesiąt, a czasem co kilkanaście lat lat od początku czasu. W XX wieku było takich pandemii pięć.
    Najciekawsza z nich, bo nieomal pod każdym względem przypominająca epidemicznie obecną zarazę byłatzw. Asian Flu z 1957/58 (Inluenca A, H2N2) z ponownym odbiciem lekko zmodyfikowanego subtypu w 1968 (Grypa Hong Kong)
    Wirus był nowy, odporności zbiorowej ani szczepionki nie było, a jakże, zaraźliwość piorunująca, dynamika i śmiertelność porównywalna jak najbardziej. (nawet jeśli odejmiemy prawdopodobne szacunki ok. 4 milionów zmarłych w izolowanych wówczas od świata zewnętrznego komunistycznych Chinach).
    Nasza kolektywna pamięć wymazała sobie to zdarzenie.
    A konsekwencje były wówczas straszne: 12% spadku DownJonesa na okres trzech miesięcy, kilkuprocentowy spadek wskaźników gospodarczych (odpracowany w następnym roku) i 17 zamkniętych szkół w Irlandii (bo ponad 70% uczniów i nauczycieli zachorowało. Zachorowało, a nie się zaraziło. Reszta życia potoczyła się jak zawsze. Po roku była szczepionka.
    Do czego zmierzam? Ano do tego, że próbuję zrozumieć dlaczego dwa analogiczne zdarzenia spotykają się z tak odmienną percepcją. I chyba również z faktu, że choroba i śmierć nie są dla mnie „potworną tragedią” lecz nieuniknionym zjawiskiem biologicznym, jednym z warunków rozwoju, czymś umożliwiającym rozwój i wymagającym racjonalnego podejścia. A rola medycyny nie polega dla mnie na „walce ze śmiercią” lecz z udzielaniem możliwej pomocyi/lub ulgi w istniejących warunkach i w zgodzie z posiadaną wiedzą oraz umiejętnościami. I takie podejście nie jest dla mnie bynajmniej wynikiem braku empatii lecz pragnieniem racjonalnej gospodarki empatią rozumianą jako emocjonalny zasób.

    Z racji wykonywanego kiedyś zawodu i związanych z nim doświadczeń mam pewne problemy z przedefiniowywaniem pojęć i znaczeń z jakim mamy do czynienia w ostatniej dekadzie. Epidemia to nadal dla mnie szerzenie się schorzenia rozumianego jako proces cechujący się objawami wymagającymi leczenia, a nie liczba wyników testu wskazującego na kontakt badanego z patogenem. Coś, co nie ma obrazu kilnicznego i nie wymaga terapii nie jest dla mnie chorobą i nic na to nie poradzę, tak mnie wychowano i tak mnie medycznie wykształcono. Jeśli przyjmiemy taką perspektywę (a ja nie widzę ani powodu aby przyjmować inną, ani wyraźnego sumarycznego pożytku aby to czynić)
    to nagle zjawisko sprowadza się do zupełnie innych wymiarów. Również emocjonalnych.

    Zdaję sobie sprawę, że być może oceniałbym sytuację inaczej gdybym żył w Polsce i miał do czynienia z atrapą służby zdrowia niezdolną do poradzenia sobie z problemami, które ją nękają bez epidemii, a co dopiero z.
    Ale tak się składa, że moim układem odniesienia jest inna rzeczywistość, rzeczywistość, w której jest „straszna” pandemia, a jednocześnie sektor usług zdrowotnych stoi na skraju bankructwa. Z braku pacjentów, braku zabiegów, braku obrotu i dochodów.
    https://www.aerzteblatt.de/nachrichten/115076/Kliniken-und-Praxen-meldeten-Kurzarbeit-fuer-mehr-als-400-000-Mitarbeiter-an

    Z wszystkimi tego konsekwencjami dla tych wszystkich, którzy umrą ze względu na właśnie ten stan, o którym jakoś cicho, bo politycy do spółki z wirologami liczą wyniki testów jednego schorzenia, zapominając o wszystkich innych i to niezależnie od realnej oceny konsekwencji dla chorych na wszystkie inne schorzenia. .
    Dziwne, prawda?

  24. @kwik:
    „Popularne sezonowe koronawirusy podobno nie wywołują trwałej odporności, po pół roku można zachorować ponownie”
    Nie wywołują. Nawet nie chyba. Na pewno. Szczepionka na grypę też nie.
    W związku z tym nasuwa się pytanie, na jakich racjonalnych podstawach zakładamy, że szczepionka na COVID-19 akurat wywoła?

  25. @telemach:

    Dzięki, że Ci się chciało, i że znalazłeś czas.

    A pytanie o to, jak wymierzyć „straszność” koronawirusa jest bardzo ciekawe. No bo gdzieś tam, płyciej lub głębiej, jest potrzeba racjonalizacji i porównywań. Media podawały na początku dobowe liczby zakażonych. Potem zaczęto to odnosić do liczebności populacji czy liczby wykonanych testów, a teraz jeszcze podaje się odsetek testów pozytywnych. To samo dotyczy zgonów. Takoż i pojęcia „aktywnych przypadków” – mglistego, bo zakładającego terapeutyczny efekt dziesięciodniowej kwarantanny („Wstań i idź” Łk 17:19). Zaraz pojawił się też nieznany dotąd społeczeństwu zwrot „choroby współistniejące”. Powszechnie zaczęto zadawać sobie pytanie o (że się tak wyrażę) jakość systemu kwalifikowania zgonów (na przykład: pacjent zmarł najprawdopodobniej na COVID, ale nie zdążono mu przed śmiercią wykonać testów, więc wpisuje się niewydolność oddechową lub krążeniową). Obecnie czerwone paski pokazują liczbę (lub procent) zajętych respiratorów czy też łóżek szpitalnych (ale znowu: respirator wymaga do działania kogoś, kto potrafi go podłączyć i obsługiwać), a to nie zawsze występuje w dystrybucji łącznej). A Kurwizja teraz podobno chwali się rekordowymi dobowymi liczbami wyzdrowień („always look at the bright side of life”). Ciekawe, co za chwilę będzie miarą pandemii?

  26. Może to tak, że im większa liczba wyzdrowień tym bardziej jest cudowna, więc jest dowód, że modły prezesa, dyrektora oraz reszty episkopatu świetnie leczą?

  27. @ telemach – szczepionka na grypę podobno działa tylko trzy miesiące, więc najrozsądniej jest szczepić się odpowiednio późno czyli w listopadzie. Albo nawet dwa razy. Mimo to szczepienia na grypę jakoś funkcjonują. Całkiem możliwe, że podobnie będzie ze szczepionką na koronawirusa – czyli zakładając brak sezonowości trzeba się będzie szczepić aż cztery razy w roku. Tak czy owak może lepiej się szczepić niż chorować.

  28. „Tak czy owak może lepiej się szczepić niż chorować.”
    Zdecydowanie poprzeć pragnę ten raczej ,mało kontrowersyjny punkt widzenia.
    No chyba, żeby się okazało, że szczepionka obarczona jest ryzykiem poważnych powikłań. Jak np. swojego czasu szczepionka robiona z inaktywowanego wirusa ospy krowie, jtzw szczep berneński. (Bern strain),
    w 45 przypadkach na milion szczepień szczepione dziecię dostawało ciężkiej encefalopatii mózgu i rdzenia, po czym 11 malców (z tych 45) umierało,, a reszta pozostawała z niedorozwojem na całe życie prowadząc egzystencję roślinną. .

    Pozbawieni najwidoczniej jakiejkolwiek empatii lekarze skutecznie latami szczepili dziatki tą szczepionką zupełnie nie przejmując się takimi zasadniczo słusznymi hasłami jak „every life matters” lub „no one left behind”, a może ich nawet nie znając. Szczepili, szczepili, aż wytrzebili wirusa.
    Powszechnie uznaje się ten fakt za wielki sukces medycyny. Wyeliminowanie wirusa potrafiącego zabić w czasie epidemii co trzecie dziecko okupione zostało wyeliminowaniem (na skutek encefalopatii i kilku innych powikłań) dziesiątków tysięcy dzieci, które zmarły w latach 1800- 1980 na skutek powikłań poszczepiennych.

    Strach pomyśleć, jak potoczyłoby się życie, gdyby te dzieci były dorosłymi bądź starszymi osobami na etacie lub na emeryturze i miały konto na fejsbuku, tłyterze bądź innym instagramie. .

  29. @ telemach – ten szczep berneński podobno używany był głównie w Niemczech i Austrii. Na szczęście przeważnie używano innych, powikłania były rzadsze. Fakt, trochę późno się zorientowano, WHO zaleciło standaryzację dopiero w 1968.
    https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1551910

    Mam niebezpodstawną nadzieję, że równie niebezpieczna szczepionka już nigdy nie zostanie dopuszczona do powszechnego użycia. A jeśli jakimś cudem tak, to będzie pośpiesznie wycofana. Postęp już nie jest tak bezlitosny jak jeszcze kilkadziesiąt lat temu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s