To już rok…

Wysiadałem to jajko przez siedem miesięcy i to, co się wylęgło, wystawiłem na ogląd publiczny na moim portalu dokładnie rok temu. I co zdarzyło się potem?

Nico.

Nie wyczytuj w tym stwierdzeniu podłoża smutku czy rozczarowań. To tylko opis. I nie taki znów osobliwy. Wynik matematyczny to nie śpiew operowej divy, który należy frenetycznie oklaskać już pół sekundy po tym gdy odgrywana przez nią postać pada martwa na scenę. Tu zegary tykają inaczej.

Czy byłoby inaczej gdybym wysłał artykuł do jakiejś redakcji? Oj, tak. Przy odrobinie szczęścia parę miesięcy temu dostałbym uwagi anonimowego recenzenta, z poprawą angielszczyzny, sześciu nieistotnymi odesłaniami bibliograficznymi do prac jego kolegów (lub jego samego) i wskazówką, by skrócić tekst do połowy. A w nagrodę wydawca by sugerował, że poprawiony tekst postara się opublikować w marcu roku 2023. Czyli chwilowo takie same nico, ale naukowe.

Czy zdolniejszy matematyk dotarłby do tych rezultatów szybciej? Z pewnością tak. Może po dwóch miesiącach pracy. Albo po miesiącu. A może nie, bo najpierw trzeba było dotrzeć do właściwych pytań, a one wzięły się przy łamaniu głowy jak znaleźć porządek w paru gigabajtach danych. To grzebanie się w danych można nazwać nabywaniem intuicji i bywają specjaliści z błyskawiczną intuicją, ale w tym temacie nie pojawił się żaden w ostatnich 250 latach, więc może trzeba było popracować, żeby dotrzeć do pytań.

Czy powiadomiłem o moich wynikach ludzi, którzy też w temacie siedzieli? Tak, kilku, ale wcale się nie dziwię, że nie było odpowiedzi. Dwóch z nich od dawna sprawiało na mnie wrażenie bardzo samych siebie kochających, a moje wyniki pokazywały, że przynajmniej część ich badań była (najdelikatniej mówiąc) zbędnych, bo ich pytania były niezbyt dobrze postawione. A inni… Przypomniałem sobie jak Witold Roter kiedyś mi opowiadał, że wziął pewną klasę tworów geometrycznych opiewanych tensorami i równaniami w wielu publikacjach i udowodnił, że taka klasa składa się z jednego jedynego elementu, n-wymiarowej sfery. Swoim wynikiem chyba niewiele radości przyniósł autorom owych publikacji.

Owych siedem miesięcy harówki (wtedy nie pomagałem w pracach w domu i przy domu, a sypiałem gdy naprawdę musiałem) nie było dla kariery, punktów i cytowań. Kariera już była odfajkowana i wynagrodzona przyzwoitą emeryturą, pracowałem, bo chciałem wiedzieć. A spisałem, bo chciałem pokazać czego się dowiedziałem. I kiedyś ktoś zainteresowany podobnymi rzeczami a mający umiejętność szukania w Sieci do mego artykułu dotrze, bo parę kluczowych słów tam zaprowadzi.

Ale w innych dziedzinach, gdy ludzie docierają do pytań i odpowiedzi, wcale tak prosto nie jest, nawet jeśli są pracowici i zdolni. Zilustuję to przykładem książki An Island.

Pani Karen Jennings z Południowej Afryki miała już krąg ceniących ją czytelników – ale oddaliła się od nich i od znanego sobie świata gdy pojechała z mężem do Brazylii. On do pracy, a co do niej, zanosiło się, że siedziałaby w domu, bo ostrzegano ją, że na ulicach jest strasznie i w ogóle. I nie znała portugalskiego. Ale zamiast robić nic napisała książkę. O inwazji uciekinierów, podwajającej liczbę tubylców, bo na wyspie był tylko jeden latarnik i na wyspę dotarł jeden uciekinier. Posłała tekst tu, posłała tam, wydawnictwa nie chciały wydawać, bo nie widziały jak na tej książce zarobić. Aż jeden mały niezależny wydawca zaryzykował, zainwestował w nakład 500 egzemplarzy.

Zdarzyło się nieoczekiwane, jakoś książka dotarła do wpływowych krytyków i jest teraz jedną z kandydatek do tegorocznej nagrody Bookera.

No tak, już przedtem wydawała, miała stypendium pisarskie, znalazła wydawcę, ktoś umiejący czytać książkę przeczytał. A teraz proszę pomyśleć o ludziach bez tego podkładu i piszących w językach znanych przez nieduże grupy ludzi. I o ich szansach dotarcia do publiczności mogącej ocenić ich twórczość.

Gdy zaczynałem studia chodziło mi po głowie, że może jednak nie matematyka, a pisanie. Miałem dużo szczęścia, że chodziło, ale nie doszło.

5 myśli na temat “To już rok…

  1. …and the Oscar went to evidence based ignorance and random but compliant mediocrity…
    Nie wierzę Ci, że nie byłeś rozczarowany. Powinieneś być. Amputacja przeświadczenia, że ludzie (nie będziemy wskazywać palcem którzy) zainteresowani są wiedzą i czerpią intelektualną przyjemność z samodzielnego myślenia, jest zawsze bolesna. I całe szczęście że tak jest, bo tak być powinno.

  2. Ależ uwierz, telemachu. „Rozczarowanie” przesuwa snop światła z tematu na autora, a autorowi było dane spotkać w paru światowej klasy ośrodkach tylu specjalistów, że nie miał jak stworzyć sobie złudzeń o własnej jakości. Chodzi naprawdę o temat, ale nawet przymiotnik „zaskoczony” jest niewłaściwy, bo po latach pracy w różnych miejscach nie mogłem też łudzić się o pasjach intelektualnych pochłaniających ludzi z uniwersytetów i instytutów badawczych. Bywa różnie, ale przeważa mentalność urzędników na wygodnych posadach.

    Więc wolę słowo „zdziwiony”. Tak podręczniki jak i monografie z owej dziedziny wspominają, że w tym specyficznym wycinku dane są bez widocznego ordynku i cytuje się ich egzotyczne strony. No więc pokazałem, że regularności nie brak, a one prowadzą do nowych pytań, i są piękne powiązania z innymi kwestiami – a w dodatku „Pol4Pal Calculator” (front-end sporządzony przez syna-informatyka) uwidocznia prostotę i elegancję obiektu – ale chętnych do przestudiowania artykułu nie widać.

    To znaczy… Po prawdzie nie wiem. Nie mam statystyk na temat wizyt na moim portalu. Kiedyś miałem i wiedziałem, że setki osób czytało umieszczone tam wspomnienia Gleichgewichta. Później uświadomiłem sobie, że we wszelkich licznikach wizyt internetowych kiient jest towarem, a na dobitkę średnia długość pobytu czytelnika na blogu stała na 1,5 sekundy. To krócej niż kopulacja u ptaszków. Podwójnie oburzony wyciepałem programy od statystyk (choć teraz mam z wordpress, bo to default).

  3. Pamiętam tamtą lekturę. To znaczy, meritum umykało mi poza zasięg (przy okazji uświadomiłem sobie, że z ilomaś „ja” z przeszłości nie ma się już kontaktu). Wrażenie obcowania z elegancją, niewarte wzmianki, bo żeby naprawdę ocenić elegancję, trzeba mieć wgląd w meritum, inaczej to puste słowo.

    Ale te końcowe fragmenty, aż zamarłem.

    „It would be my undeniable duty to mention authors of recent results that I have used here. Well, there are none.”

    Albo:

    „There are no acknowledgements, either, of grants, as there were none. Perhaps because I did not apply for any.”

    I jak dziś pamiętam: pomyślałem – nie wybaczą mu tego.

  4. @nameste:
    „I jak dziś pamiętam: pomyślałem – nie wybaczą mu tego.”
    SIgnum temporis, że tak się kolokwialnie wyrażę. Przypomina mi się moja refleksja, gdy onegdaj, jeszcze jako młody doktorant przeczytałem że doktorat Einsteina liczył 17 stron i nie zawierał wstępu, opisu tego co określa się jako „state of the art” ani części dyskujsyjnej, w której autor porównuje swoje wyniki z uzyskanymi przez innych. Nie było spisu literatury, żadnych cytatów z prac poprzedników i tylko dwa mikroskopijne przypisy bo żadnej literatury dotyczącej tematu nie było. I pomyślałem sobie: dzisiaj jakiś nowy Einstein nawet by nie musiał próbować, bo nie spełniałby minimalnych wymagań formalnych stawianych autorom dysertacji.
    Był rok 1985, byłem młodziutkim czeladnikiem nauki i wszystkie rozczarowania związane z jej uprawianiem miałem jeszcze przed sobą. Już wówczas zdałem sobie jednak sprawę, że system w ciągu 80 lat rozwinął się w kierunku, hm, trudnym do zaakceptowania dla kogoś z nierealnym marzeniem aby zachować elementarną przyzwoitość. I że być może nie jest tym czym mi się wydaje, jak również że nadejdzie dzień, gdy będę musiał sobie zadać niewygodne pytanie czy naprawdę chcę być jego częścią.

    Nawiasem: ładnie o tym napisał Norbert Strauman:
    https://www.researchgate.net/publication/2172866_On_Einstein%27s_Doctoral_Thesis

  5. Koledze z roku, Leszkowi Pacholskiemu, pamiętają do dziś, że gdy odchodził z rektoratu, dostarczył portret na którym – o zgrozo – nie jest owinięty w togę, ale ma ją przerzuconą przez ramię. Nie pamiętam przez które. Możliwe, że dla pogorszenia sytuacji, przez lewe.

    Ale chyba jestem jednym z nielicznych pamiętająch, że tezę doktorską doręczył w formie siedmiu stron zapisanych ołówkiem. I Czesław Ryll-Nardzewski ją przyjął. (A autora później przyjął do swojej grupy współpracowników Alfred Tarski).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s